WSK-i, SHL-ki, WFM-ki, Komary, Osy

WSK-i, SHL-ki, WFM-ki, Komary, Osy

 

i inne cuda polskiej techniki to świat, który na swoim podwórku w Borownie stworzył pan Jan Ferenc. Widok kilkudziesięciu niespotykanych na co dzień motocykli zapiera dech w piersiach.

Przechodzę przez dwuskrzydłową stalową bramę prowadzącą do garażu. Już w progu uderza mnie znajomy i niezwykle charakterystyczny zapach smaru, oleju i benzyny. Podobny do tego, jaki czuć w warsztacie samochodowym. A jednak ktoś, kto miał do czynienia z dawną myślą techniczną, uśmiechając się szeroko, w oka mgnieniu przypisze go dwusuwowej machinie. Ta woń przywraca wspomnienia, przenosi w lata młodości. Na moment powraca ułańska fantazja, która odeszła do lamusa, „bo w tym wieku już nie przystoi”. Przed oczyma staje obraz umazanych po łokcie rąk (tylko pasta BHP jakoś sobie z tym radziła), krwawiącego palca (klucz się ześlizgnął) i rodziców, którzy kipiąc ze złości mówili: – Chyba ci odbiło.

Tak, to było dawno. Ale ten niezwykły zapach dotarł do głęboko ulokowanych szufladek mojej pamięci, w niewyjaśniony sposób ożywiając wspomnienia. Pamiętam jak będąc trzynasto-, może czternastoletnim dzieckiem przyniosłem do domu pierwszy motocykl. Tak, tak przyniosłem. W plastikowych skrzynkach, które służyły do transportu pomidorów czy ogórków. Bez zgody rodziców- noc była moim sprzymierzeńcem. Rano nie wyrzucili tej kupy złomu, bo nie wierzyli, że coś tak bliżej nieokreślonego może być kiedyś sprawną maszyną. Mylili się. Kopciło niemiłosiernie, śmierdziało wszelkimi możliwymi płynami eksploatacyjnymi.  Przy okazji ja i pół domu rzecz jasna. Było w wieku ojca, ale jeździło. Wspaniałe chwile. Dziś wróciły, kiedy pan Jan Ferenc z Borowna postanowił pokazać mi swoją kolekcję motocykli, będących owocem myśli technicznej rodem z PRL-u. W swoim garażu na początku października z niemałą pompą otworzył Stajnię Polskich Motocykli. Były przemówienia, gratulacje i łzy wzruszenia gospodarza. Wszak spełniało się od lat pielęgnowane w głębi duszy marzenie. Na kilkudziesięciu metrach kwadratowych stoi gęsto upchniętych kilkadziesiąt dwukołowych maszyn powstałych po 49 roku. -Dlaczego właśnie polskie powojenne?- pytam na wstępie. – Z prostej przyczyny- w 69 roku rodzice kupili mi WSK-ę. To był mój pierwszy motocykl. Pamiętam, jak pojechaliśmy po nią do Częstochowy na ul. Garibaldiego. Do dziś mam do niej sentyment- odpowiada pan Janek. W kolekcji jest do dzisiaj i, jak twierdzi właściciel, zajmuje w niej poczesne miejsce. Wydarzeniem, które skłoniło go do pójścia w takie hobby, stała się wystawa pojazdów przy Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego, która nasz bohater odwiedził w 1990 roku. Początkowo jego prywatne muzeum miało obejmować wyłącznie WSK-i. Z czasem pojawił się jednak apetyt na inne dwukołowe rezultaty inżynierskiej fantazji „Made in PRL”. Dziś zbiór pana Jana Ferenca jest prawie w 100% odzwierciedleniem tego, co w branży motocyklowej działo się przez 40 lat Polski Ludowej. Pierwsze motocykle, które pojawiły się w garażu Ferenców były maszynami „zajeżdżonymi” przez syna. -Wymagały natychmiastowej reanimacji – wspomina pan Jan. Na szczęście z kolejnym sprzętem junior obchodził się z należytą troską i odpowiednią dbałością.

Czas obejrzeć kolekcję. Na pierwszy ogień idzie oczywiście wspomniany pierwszy motocykl Jana Ferenca. – Mówię na nią „model kawalerski”. Oznaczenie fabryczne M06 B1. Pochodzi z 1968 roku- mówi właściciel. Ten model był najliczniej produkowanym motocyklem w Polsce, ale jak na ironię do dziś zachowało się bardzo niewiele egzemplarzy. „Kawalerka” ma na liczniku 65 tyś km, a w latach swojej młodości pokonywała nawet 350 km dziennie  i  nigdy nie zawiodła swojego właściciela.

Z kilkudziesięciu motocykli , które stoją akurat w tym pomieszczeniu (część rezyduje u sąsiada, kilka jest na strychu) wybieram tylko niektóre, prosząc pana Janka, żeby mi o nich opowiedział. Moją uwagę zwrócił model WSK-i 175 o smukłej sylwetce i niespotykanych przeze mnie do tej pory zegarach. To model Sport. Produkowany był w latach 70-tych w bardzo krótkich seriach. W sumie fabryka wypuściła na rynek ok. 6 tyś egzemplarzy. Można się tylko domyślać ile zostało ich do dnia dzisiejszego skoro wśród kolekcjonerów jest traktowana jak „biały kruk”. Od produkowanych na masową skalę stosiedemdziesiątek piątek odróżniały ją podniesiony wydech i szeroka kierownica. Prawdziwą perełką jest jednak inna WSK-a 175 będąca na wyposażeniu kolekcji- tzw. Perkoz. Posiada podwójną ramę rurową, do której inżynierowie planowali zamontować silnik o większej pojemności. Z planów (jak to w tamtych czasach bywało) wyszły nici i silnik pozostał ten sam. Jednak fabryka zdecydowała się wyprodukować jedynie 195 sztuk. Prawdopodobnie do dziś w Polsce pozostało ich raptem kilka. Ciekawym przykładem turystyczno- sportowej koncepcji motocykla jest WSK Dudek. Dla miłośników spokojnej jazdy była na ówczesne czasy tym, czym jest dla nich dzisiaj klasyczny chopper. Wysoka kierownica i podwójne, rozkładane siodło również i dzisiaj zadowoliłoby motomaniaków lubiących wygodnie powozić tylną część ciała.

Rozglądam się po pomieszczeniu. Pod ścianą terenowa wersja WSK-i, obok wspaniale zachowana SHL-ka, koło drzwi Junak jak „spod igły” i wiele innych motoryzacyjnych rarytasów.

Opisanie całej kolekcji zajęłoby chyba całe łamy tego numeru BIM-u, wszak niepowtarzających się egzemplarzy jest około 60.

Niektóre motocykle pan Janek przy mnie uruchamia i szybko zaznacza, że wszystkie, które posiada są „na chodzie”. Skąd on do tego wszystkiego bierze części?- rodzi się w mej głowie natrętne pytanie. Zanim zdążę przekuć myśl w słowo opowiada o tym, jak musi się czasem nakombinować, by znaleźć brakujące podzespoły. W ich poszukiwaniu przemierza całą Polskę, jest na każdym ważniejszym bazarze w kraju, czyta chyba wszystkie możliwe gazety poświęcone motoryzacji i tam szuka ogłoszeń. A przede wszystkim ma mnóstwo kontaktów z ludźmi, którzy tak jak on zapałali miłością do PRL-owskich dwusuwów. Często wymieniają się częściami, dzięki czemu ich kolekcje jaśnieją pełnym blaskiem.

Choć marzenie Jana Ferenca o prywatnym muzeum motocykli nabrało realnego kształtu, to jak w starym przysłowiu- apetyt rośnie w miarę jedzenia.  W przyszłości kolekcjoner chciałby przenieść zbiór do przestronnej hali, gdzie cieszyłby oko motoryzacyjnych zapaleńców i nie tylko. I pewnie tak się stanie.

Jedno pozostaje niezmienne. W ciasnym garażu czy olbrzymiej hali motocykle Jana Ferenca

przywołują wspaniałe wspomnienia- kilometry przejechanych tras z wiatrem we włosach i komarem w zębie.

Gracjan Respondek

 

 

Otwarcie „Stajni Polskich Motocykli” Borowno cz 1
 

Otwarcie „Stajni Polskich Motocykli” Borowno cz 2

Komentarze są wyłączone.